niedziela, 7 października 2012

Z każdym jego wyjazdem znika cząstka mnie. Powraca w weekend. Wtedy wykorzystuję 100% przypadającego na moją skromną osobę szczęścia.
Dzisiejszy niedzielny wieczór jest w pewnym stopniu wzorem. Bo tak przez naprawdę długi czas będzie wyglądało każde niedzielne po południe. Niczym w 4ej części 'Dziadów' mogę ten czas przyporządkować do poszczególnych godzin. Pierwsza jest najsmutniejsza i najdziwniejsza. Snuję się po zakamarkach samej siebie nie wiedząc po prostu co robić. Druga to rozmyślania o nim, o tym, że tak trzeba, że on musi przecież studiować. W trzeciej godzinie zbieram motywację. Szukam porządnego kopa. Takiego na cały tydzień.
 A kiedy kończą mi się resztki energii, pomysły na zmobilizowanie samej siebie i czuję jak odzywa się mała  cząstka mnie zamieszkująca rejon zwany wariatkowem... przyjeżdża ON.
Jako że dochodzę do takich (i jeszcze wielu innych, przyznam dość mądrych i sensownych) wniosków to ogólnie rzecz biorąc muszę stwierdzić że jest coraz lepiej. A może tylko tak mi się wydaje...
Czas chyba zajrzeć do książek.

1 komentarz: